Większość firm IT zmienia modele dostarczania oprogramowania jak rękawiczki. Tylko że nikt tego tak nie nazywa — mówimy „reorganizacja”, „nowa struktura zespołów”, „przechodzimy na Agile”. A pod spodem? Ta sama niewygodna prawda: ktoś musi zdecydować, kto pisze kod, kto go wdraża i kto odpowiada, gdy wszystko się sypie o trzeciej nad ranem.
Model dostarczania to nic innego jak umowa — nie zawsze spisana, rzadko jawna — między biznesem a IT. Określa, jak powstaje oprogramowanie: czy mamy dedykowane zespoły produktowe, czy może zewnętrzny software house dostaje specyfikację i znika na pół roku. Czy programiści siedzą obok Product Ownerów, czy dzieli ich siedem stref czasowych. Czy deployment robi DevOps, czy jeszcze ten biedny admin z piwnicy.
Wodospad, Agile, hybrydy — i rzeczywistość
Teoretycznie mamy wybór. Wodospad: planujemy wszystko z góry, potem realizujemy, potem testujemy. Scrum czy Kanban: iteracyjnie, przyrostowo, szybkie feedback loops. A może model produktowy — autonomiczne zespoły wokół kawałków biznesu, nie projektów?
Praktycznie? Większość organizacji goni własny ogon w jakiejś hybrydzie. Mówią „Scrum”, ale planują kwartalnie jak za starych dobrych czasów. Tworzą zespoły produktowe, ale każdy feature musi przejść przez pięć komitetów zatwierdzających. I wszyscy udają, że to działa.
Outsourcing, insourcing, cosourcing
Potem jest pytanie: swoi czy obcy?
Własny zespół daje kontrolę — przynajmniej teoretycznie. Outsourcing obniża koszty (też teoretycznie). Model hybrydowy łączy najgorsze z obu światów… albo najlepsze, zależy kogo spytać i o której godzinie.
Ale najciekawsze zaczyna się, gdy firma zatrudnia ludzi przez body leasing, nazywa ich „naszym zespołem” i dziwi się, że nie czują odpowiedzialności za produkt. Albo gdy tworzy wewnętrzny „IT delivery hub”, który zachowuje się jak zewnętrzny dostawca — z SLA, change requestami i zerowym zrozumieniem biznesu.
Co decyduje naprawdę
Model dostarczania nie żyje w próżni. Zależy od kultury organizacji, dojrzałości procesów, tego czy ktokolwiek wie czego właściwie chce. Można wprowadzić najpiękniejszy framework świata — jeśli nikt nie rozumie po co, skończy się cargo cultem i daily standup’ami, na których nikt nic nie mówi.
Więc może zamiast pytać „jaki model wybrać”, lepiej zapytać: kto u nas podejmuje decyzje? Kto ponosi konsekwencje? I czy te dwie grupy w ogóle ze sobą rozmawiają?
