PRINCE2 brzmi jak nazwa robota z “Gwiezdnych wojen”, a w rzeczywistości to akronim, który brzmi jeszcze gorzej – PRojects IN Controlled Environments. Wersja druga, bo pierwsza najwyraźniej nie wyszła.
To metodologia zarządzania projektami stworzona w Wielkiej Brytanii pod koniec lat 80., kiedy administracja publiczna zaczęła tracić miliony funtów na projektach IT, które albo trwały w nieskończoność, albo kończyły się niczym. Ktoś wreszcie pomyślał, że może warto by było wprowadzić jakiś porządek; PRINCE2 miało być odpowiedzią. I w pewnym sensie było, tylko że porządek okazał się tak szczelny, że projekty zaczęły dusić się pod własnym ciężarem dokumentacji.
Zasada jest prosta wszystko musi być kontrolowane. Każdy etap projektu dzieli się na mniejsze jednostki, każda decyzja musi być zatwierdzona przez kogoś, kto ma odpowiedni tytuł w strukturze, każdy ryzyko musi być opisane, skatalogowane i przełożone na język, który zrozumie komitet sterujący. Brzmi sensownie, prawda? Problem w tym, że w praktyce większość zespołów spędza więcej czasu na wypełnianiu szablonów niż na faktycznej pracy.
Siedem zasad, siedem procesów, siedem tematów
PRINCE2 opiera się na trzech filarach. Siedem zasad, które mają być uniwersalne ciągła weryfikacja sensu biznesowego, uczenie się na doświadczeniach, zdefiniowane role. Siedem procesów, które opisują co robić od momentu uruchomienia projektu aż po jego zamknięcie. Siedem tematów, które dotyczą aspektów typu ryzyko, jakość, plany.
Wszystko to wygląda logicznie na papierze. Ale kiedy menedżer projektu próbuje to wdrożyć w startupie, który musi wypuścić MVP za sześć tygodni, zaczyna się śmiech przez łzy. PRINCE2 zakłada bowiem, że masz czas. Że możesz sobie pozwolić na sesje planistyczne, na iteracyjne dostosowywanie planów, na comiesięczne raporty dla sponsora projektu. W IT rok 2025 to luksus, którego nie ma.
Certyfikat, który imponuje rekruterom
PRINCE2 ma dwa poziomy certyfikacji, Foundation i Practitioner. Foundation to teoria, egzamin wielokrotnego wyboru, który można zdać po trzech dniach szkolenia. Practitioner to próba udowodnienia, że potrafisz tę teorię zastosować w praktyce, choć w praktyce to kolejny egzamin testowy.
Certyfikat PRINCE2 dobrze wygląda w CV. Zwłaszcza jeśli aplikujesz do korporacji albo do projektów publicznych, gdzie metodologia jest wymogiem kontraktowym. Ale czy oznacza, że ktoś rzeczywiście umie zarządzać projektami? Niekoniecznie. Znam ludzi z PRINCE2, którzy nigdy nie przeprowadzili projektu, który skończył się sukcesem. I znam ludzi bez żadnego certyfikatu, którzy dostarczają na czas, w budżecie i bez dramatu.
Więc co z tym PRINCE2 zrobić? Traktować jak zestaw narzędzi, nie jako religię. Wyciągnąć to, co ma sens w danym kontekście; zignorować resztę. Bo metodologia, która nie pasuje do rzeczywistości, to tylko kolejny dokument w folderze, którego nikt nie otworzy.
Zdjęcie: Andrea Piacquadio / Pexels
